Słowo się rzekło… biorę się za wyrok dotyczący przydomowych oczyszczalni ścieków. Od razu napiszę, że wyrok dla nas niekorzystny (odwołanie oddalone), choć uzasadnienie wprost przeciwnie. Nielogiczne? Cierpliwości…

Uprzedzę jeszcze, że sprawa jest złożona, więc wpis nie będzie krótki. Przygotuj sobie duży kubek gorącej herbaty z malinami, usiądź wygodnie i … miłej lektury 🙂

Od pewnego czasu wspieram wiedzą pewnego polskiego producenta przydomowych oczyszczalni ścieków. Dla nich zamówienia publiczne to istotny kawałek tortu i nie dziwię się, że zależy im na tym, aby procedury prowadzone były rzetelnie i uczciwie.

Uwierz mi, że nie jest to wykonawca-pieniacz (takich przecież na rynku ZP w Polsce nie brakuje), który o niczym innym nie marzy, jak tylko o wywróceniu postępowania, które przegrał cenowo. Wielokrotnie odpuszczał widząc, że racja jest po stronie zamawiającego. Słowem: naprawdę porządny, uczciwy i solidny przedsiębiorca.

Niestety, na skutek działań konkurencji, coraz częściej spotykaliśmy się z praktyką „wyrzucania” z przetargów naszych urządzeń (to skrót myślowy – po prostu odrzucano oferty wykonawców oferujących nasze urządzenia). Po prostu ktoś zauważył, że certyfikat EN wystawiony przez laboratorium notyfikowane nieco odbiega od certyfikatu wystawione dla urządzeń „referencyjnych” (tj. dla urządzeń, w oparciu o które przygotowano dokumentację przetargową) i postanowił to wykorzystać, by pozbyć się konkurencji.

Na czym polegały te różnice?

Po pierwsze, w tzw. raporcie z badań (część certyfikatu na zgodność z normą EN) wymieniono sygnatury pewnych opracowań, dokumentów źródłowych, które służyły laboratorium do zbadania urządzenia na zgodność. Te dokumenty nie stanowiły załączników do raportu i nie były udostępniane przez laboratorium. Pełniły one raczej takie funkcje, jak przypisy w artykule naukowym.

Po drugie, niektóre czynności w ramach certyfikacji były wykonane przez laboratorium akredytowane, a nie przez laboratorium notyfikowane: chodziło o pobór i analizę ścieków. Były to czynności czysto techniczne, które nie wymagały żadnych specjalnych uprawnień (zgodnie z normą EN mógł to zrobić nawet sam producent).

Jak te różnice były wykorzystywane do wyeliminowania producenta?

Różnica nr 1: zamawiający żądał „pełnego raportu z badań”, tzn. razem ze wszystkimi załącznikami. Za załączniki uznano również dokumenty wskazane przez laboratorium na zasadzie przypisów. Wykonawca nie był w stanie ich dostarczyć, ponieważ laboratorium notyfikowane ich nie udostępniało. Argumentacja i tok działań zamawiającego był taki: żądaliśmy-wzywaliśmy do uzupełnienia-odrzucaliśmy ofertę (niezgodność z SIWZ)-zatrzymywaliśmy wadium (jak karnawał, to karnawał, a co?).

Rożnica nr 2: zamawiający żądał, by wszystkie badania były wykonane wyłącznie przez laboratorium notyfikowane. Często doprecyzowywano ten wymóg – zamawiający nie dopuszcza, by jakiekolwiek czynności były wykonywane przez laboratorium akredytowane i tylko potwierdzane przez lab. notyfikowane. I znowu mechanizm był prosty: żądaliśmy-wzywaliśmy do wyjaśnień-odrzucaliśmy ofertę (89.1.2). Raz do tego jeszcze postraszono wykonawcę prokuratorem (w końcu karnawał, to idziemy po bandzie).

Trwało to jakiś czas. Producent nie bardzo wiedział, jak sobie poradzić. Tracił zamówienia, kontrahentów – rynek się kurczył. Nie było fajnie.

No i się spotkaliśmy…

Ustaliliśmy, że wybierzemy sobie dogodny moment, tzn. sytuację, w której nasza oferta będzie cacuśna (jest w ogóle takie słowo?) i jedynymi problemami będą: problem pełnego raportu i problem laboratorium akredytowanego. Potrzebny był również wykonawca, który pójdzie z nami w ogień.

I w końcu się przytrafiło. Wnieśliśmy odwołanie.

Herbata stygnie, więc pominę niektóre szczegóły (oprócz opisanego już przystąpienia i mojej opozycji, było jeszcze – uwaga – wykluczenie z powodu nieuzupełnienia dokumentów przedmiotowych i pokazanie zdjęć jakichś rozwalonych oczyszczalni w odpowiedzi na odwołanie – oczyszczalnie te nie miały nic wspólnego z naszymi urządzeniami).

Oto, co ustaliła (zważyła:)) KIO (sygn. KIO 2008/13):

1. certyfikat ma potwierdzać wyłącznie zgodność z normą, a nie parametry techniczne określone w SIWZ, zatem jego treść ma być zgodna z normą, a nie oczekiwaniami zamawiającego. Norma wskazuje minimum informacji, jakie ma zawierać raport i wszystkie te informacje były w naszym raporcie – odpadł ten absurdalny zarzut dokumentów źródłowych

2. certyfikacja została przeprowadzona przez laboratorium notyfikowane, czego wymaga stosowna norma EN. Akt prawny regulujący funkcjonowanie laboratoriów notyfikowanych (rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady nr 305/2011) dopuszcza, by próbki do badań pobierał producent – w naszym przypadku robiło to laboratorium akredytowane na zlecenie producenta. Odpadł zarzut wykonania badań niezgodnie z normą.

Wraz z ostatnim łykiem herbaty zapytasz: to czemu, chłopie, przerąbałeś sprawę???

No właśnie. Pani z KIO (pisałem wcześniej, że fajna babka) dopatrzyła się, że do oferty nie dołączono jednego z załączników do protokołu. Tego nawet nie wyłapał zamawiający – na rozprawie w ogóle tego nie podniósł. Ktoś ze strony wykonawcy po prostu fizycznie nie wpiął dwóch kartek do oferty!!!

Wyrok wygląda tak, że na 5 stron uzasadnienia, 4,5 strony to pełna aprobata naszej argumentacji (sama słodycz). Pół strony to (bardzo gorzkie) wskazanie, że protokół nie zawiera jednego z załączników, ten załącznik znalazł się z wykazie kilkudziesięciu dokumentów, których żądał zamawiający w wezwaniu do uzupełnienia, tego załącznika nie uzupełniono… i po sprawie.

Wnioski? Proszę bardzo.

1. Same zapewnienia, że oferta jest „cacuśna” nie wystarczą – ona faktycznie musi być „cacuśna”. Prawnik owszem – pomoże (po to jest), ale klient także musi swoją działkę wykonać należycie;

2. Wyrok – mimo wszystko – ma znaczenie na przyszłość – jednoznacznie potwierdza słuszność naszych argumentów. Mam nadzieję, że gminy nie pozwolą sobie już na wykorzystywanie „problemu pełnego raportu” i „problemu laboratorium akredytowanego” w celu wyeliminowania urządzeń konkurencyjnych względem „referencyjnych”;

3. Gminy nie mogą opisywać przedmiotu zamówienia wyłącznie za pomocą normy (tak właśnie było w tym przypadku). Od tego jest opis przedmiotu zamówienia, by wskazać parametry zamawianych urządzeń. Weryfikacja tych parametrów następuje na podstawie dokumentów wymienionych w § 6.1.1 rozporządzenia w sprawie dokumentów. Certyfikat jest wymieniony w § 6.1.2 i można go żądać wtedy, gdy wskazano, że przedmiot zamówienia ma być zgodny z jakąś normą – taki wymóg jest tylko elementem opisu przedmiotu zamówienia i nie może go zastępować;

4. Nie spełnienie wymagań przedmiotowych nie może skutkować wykluczeniem z postępowania – od tego jest konstrukcja odrzucenia oferty (art 89.1.2);

5. Samo nie uzupełnienie dokumentów nie skutkuje odrzuceniem/wykluczeniem – zamawiający musi wskazać, że w wyniku nie uzupełnienia uznaje, że oferta nie odpowiada wymaganiom SIWZ (odrzucenie) lub wykonawca nie spełnia warunków udziału w postępowaniu (wykluczenie).

Pod moim poprzednim wpisem pojawił się komentarz autorstwa Roberta. Wynika z niego, że mój Szanowny Kolega dostrzega potrzebę wzmocnienia pozycji wykonawcy w postępowaniu. Nie tylko on. Takie postulaty docierają do nas często.

Zbyt często.

Wielu z nas, tj. nas-autorów i Was-Czytelników, zapewne zgodzi się, że wzmocnienie pozycji wykonawcy względem zamawiającego jest koniecznością. Z drugiej strony, każdy z nas może mieć inny pomysł, jak to zrobić.

Moim pomysłem jest prosta korekta systemu środków ochrony prawnej (dalej: śop-ów).

To jest po prostu kpina, aby w postępowaniach krajowych (pon. progów unijnych) czyli w większości postępowań prowadzonych pomiędzy Bugiem a Odrą, zaskarżyć można było tylko opis warunków, wykluczenie i odrzucenie (por. art 180 ust 2 PZP).

Dodam na marginesie, że dla mnie środkiem ochrony prawnej jest środek skuteczny, tj. praktyczny i rzeczywisty, a nie teoretyczny i iluzoryczny. Chodzi o to, by dawał on szanse (nie pewność, ale szanse) na wymuszenie na zamawiającym działania zgodnego z prawem. Dlatego do  śop-ów nie zaliczam ex-protestu, czyli informacji o czynności niezgodnej z bla bla bla (art. 181 PZP) – zbyt wiele tu zależy od łaski zamawiającego. Osobiście traktuję ten mechanizm na równi z wnioskiem o wyjaśnienie treści SIWZ (art 38 PZP).

Ad rem..

Warto przypomnieć, że takie ograniczenie pojawiło w czasach, gdy główny próg (było ich więcej, niż obecnie) wynosił… 60.000 EURO! Wówczas to było WPROWADZENIE środków (wtedy jeszcze protestu) do tzw. małych przetargów – absolutna rewolucja! Wcześniej w małych postępowaniach nie przysługiwały żadne śop-y. Dla wykonawców to była manna z nieba!

Teraz postępowanie na roboty budowlane o wartości – powiedzmy – 4,5 mln EURO to przetarg … mały. I w takim postępowaniu nie można zamawiającego przymusić za pomocą odwołania do działania zgodnego z prawem.

Na forum UZP (pewnie wiesz, co mam na myśli) pojawił się wpis kogoś z branży grzejników. Człowiek pisze, że w dokumentacji projektowej wstawiono konkretne modele, nie dopuszczono produktów równoważnych, projektant nie zgadza się na inne kaloryfery (widać był wniosek o wyjaśnienie treści SIWZ) i pyta, co on ma robić.

Chcesz mu pomóc, więc doradzasz: napisz do nich ładny list, albo postrasz kontrolą, NIKiem, CBA, CBŚ, CIA, FBI, albo jeszcze lepiej mediami… Fajnie, tylko zamawiający, który doskonale wie, że narusza art 29 gwiżdże na to i robi swoje. Zanim wskazane organy zareagują, w grzejnikach będzie już miło bulgotać cieplutka ciecz.

A najlepsza jest w takich sytuacjach KIO. Jak wskażesz, że owszem twój produkt jest niezgodny z SIWZ, ale ta SIWZ jest niezgodna z art 29 PZP, to ci KIO potrafi w wyroku napisać, że to trzeba było kwestionować na wcześniejszym etapie (tj. przed otwarciem ofert).

Ostatnio na rozprawie Pani Przewodnicząca – jeszcze o niej napiszę, bo autentycznie fajna babka – stwierdziła, że kwestia bezprawnego zatrzymania wadium to temat „na inne odwołanie”. Nie chciałem jej drażnić i nie powiedziałem, że tu odwołanie niestety nie przysługuje i czeka nas wielomiesięczna batalia w sądach.

Czy naprawdę nikt w KIO i UZP nie dostrzega, że wykonawcy są pozbawieni realnej ochrony ich podstawowych praw???

Czy tak trudno wprowadzić do art 180 ust 2 dwa punkty: „opisu przedmiotu zamówienia sprzecznego z art. 29 ust 2 i 3” (już nie śmiem proponować ustępu pierwszego) i „zatrzymania wadium”???

Jak już się rozgrzałem, to jeszcze dorzucę wydłużenie terminu na wniesienie odwołania. Ile to już razy widziałem już rozstrzygnięcia postępowań ogłaszane w piątek kilka godzin po południu… 2 z 5 dni odpadają niemal z automatu. Do tego piąty dzień trzeba przeznaczyć na korki w Wa-wie. Wykonawca ma więc 2 dni na analizę rozstrzygnięcia, przygotowanie odwołania i złożenie go na ulicy – nomen omen – Postępu.

A Ty masz jakieś pomysły na wzmocnienie pozycji wykonawcy?

Jakąś wczesną wiosną wysłałem Redakcji Gazety Prawnej, z którą mam zaszczyt współpracować, tekst poświęcony poświadczeniom. Kilkakrotnie się przypominałem. Bezskutecznie. Uznałem więc, że szanowna Redakcja zrezygnowała z jego opublikowania na swoich łamach. Nie mam o to żalu – zawsze mogę uraczyć (czyt. katować) nim Czytelników naszego bloga 🙂

Dwie uwagi wprowadzające: a. artykuł jest dość „suchy” i nieco „sztywniacki” – Gazeta Prawna to nie miejsce na jakieś wygłupy; b. artykuł jest dość zwięzły i zapewne niewyczerpujący – to wynikało z wymogów Redakcji dot. max. objętości. W razie niejasności – pisz. Postaram się odpowiedzieć.

A zatem…

Jedną z nowości wprowadzonych rozporządzeniem z 19.02.2013 r. w sprawie rodzajów dokumentów jest próba określenia, jakie dowody mogą potwierdzać należyte wykonanie dostaw, usług lub robót budowlanych. Już na wstępie trzeba stwierdzić, iż próba ta niestety nie zakończyła się pełnym sukcesem.

Zgodnie z § 1 ust 2 rozporządzenia podstawowym dowodem jest poświadczenie. Pozostałe dokumenty mogą zostać wykorzystane przez wykonawcę dopiero wtedy, gdy nie jest on w stanie uzyskać poświadczenia „z uzasadnionych przyczyn o obiektywnym charakterze”. Kluczowe więc jest zdefiniowanie poświadczenia, co nie jest zadaniem łatwym.

Analiza poszczególnych projektów rozporządzenia prowadzi do wniosku, iż poświadczeniem będzie dokument, którego wystawca potwierdza należyte wykonanie na jego rzecz dostaw, usług lub robót budowlanych. Mogłoby to oznaczać, że chodzi o dokument zawierający wyłącznie stosowne oświadczenie odbiorcy tych prac. Swego czasu takie dokumenty określano mianem referencji.

Za takim rozumieniem poświadczenia przemawiają nie tylko prace przygotowawcze, ale także treść samego rozporządzenia. Po pierwsze, § 1 ust 2 pkt 1 stanowi, że poświadczenie powinno być „wydane”, co może sugerować, iż w grę wchodzi jakiś specjalny dokument. Po drugie, rozporządzenie przewiduje posłużenie się przez wykonawcę „innym dokumentem”.

Możliwa jest zatem interpretacja, w myśl której poświadczeniem będą wspomniane „referencje”, zaś pozostałe dokumenty potwierdzające należyte wykonanie dostaw, usług lub robót budowlanych kwalifikują się do kategorii „inne” i jako takie mogą zostać wykorzystane przez wykonawcę „z uzasadnionych przyczyn o obiektywnym charakterze”.

Taka wykładnia „poświadczenia” oraz „innych dokumentów” jest niekorzystna dla wykonawców. W sytuacji, której nie dysponują oni „referencjami”, tylko, np. fakturą ze stosowną adnotacją odbiorcy prac, to na nich będzie spoczywał ciężar udowodnienia, że zachodzą przesłanki do odstąpienia od obowiązku przedłożenia poświadczenia.

Uprawiona jest również inna interpretacja § 1 ust 2 rozporządzenia. Za poświadczenie może być uznane każde oświadczenie potwierdzające należyte wykonanie dostaw, usług lub robót budowlanych. Takie oświadczenie może znaleźć się zatem w specjalnym dokumencie (referencjach), ale także przybrać formę stosownej adnotacji na protokole odbioru, fakturze, umowie itp.

Ta liberalna wykładnia jest zbieżna z prezentowaną w dotychczasowym orzecznictwie Krajowej Izby Odwoławczej. Nie będzie zaskoczeniem, jeżeli KIO zastosuje ją wobec „poświadczeń” z § 1 ust 2 pkt 1 obowiązującego rozporządzenia. Jeżeli tak się stanie powstanie pytanie, co prawodawca miał na myśli tworząc kategorię „innych dokumentów”.

Koniec cytatu.

Jak wspomniałem, tekst powstał dość dawno. Nie mogę więc wykluczyć, że jakiś wyrok KIO dotyczący „poświadczeń” już zapadł. Wprawdzie wątpię, gdyż przepisy przejściowe przewidują utrzymanie dotychczasowych zasad jeszcze przez 12 m-cy od dnia wejścia w życie rozporządzenia, ale jeżeli znasz wypowiedź KIO w tym temacie, daj znać.

Dwa tygodnie temu opisałem, jak zostałem bezczelnym opozycjonistą. W ubiegłym tygodniu odbyła się rozprawa: KIO uwzględniła moją opozycję. Niedoszły przystępujący mógł jedynie przyglądać się rozprawie z perspektywy publiczności.

Jedno starcie wygrałem… w przeciwieństwie do sprawy. KIO oddaliła odwołanie. Z niecierpliwością czekam na uzasadnienie, jeżeli doszukam się w nim ewidentnych „błędów i wypaczeń” rozważymy zaskarżenie wyroku do sądu.

Najpewniej wyrok ten omówię i skomentuję na blogu – uczciwie zastrzegając, że jestem w sprawie stroną, nie zaś neutralnym glosatorem.

Wracając zaś do opozycji, to między nami mówiąc orzecznictwo, które przywołałem w opozycji (por. KIO 306/12) wcale nie jest bez skazy.

O ile rozumiem i popieram argumentację, zgodnie z którą wykonawca „prawomocnie” (tj. decyzja zamawiającego o odrzuceniu oferty nie została zaskarżona do KIO) odrzucony przestał być wykonawcą, o tyle zupełnie nie zgadzam się z poglądem, iż nie wniesienie środka ochrony prawnej na czynność odrzucenia „pozbawia go również interesu w uzyskaniu zamówienia”.

Dlaczego?

To proste. W art 185 ust 2 PZP nie ma mowy o „interesie w uzyskaniu zamówienia”. Przepis ten operuje wyrażeniem „interes w uzyskaniu rozstrzygnięcia na korzyść strony do której przystąpił” – a to zupełnie co innego.

Nie wiem, czemu miało służyć dodanie tego nieszczęsnego fragmentu o interesie w uzyskaniu zamówienia. Moim zdaniem wprowadza to zupełnie niepotrzebny zamęt w klarownej argumentacji. Ktoś, kto to pisał poszedł „o jeden most za daleko”.

Czasem warto szybciej postawić kropkę… co niniejszym czynię.

Wyższe progi na artysty nogi.

Robert Jaroszewski04 września 2013Komentarze (0)

Pomimo moich wcześniejszych deklaracji, że nie czytam projektów ustaw do momentu ich wejścia w życie (kiedyś jedna ustawa skutecznie mnie ostudziła, gdyż to co wyniesiono do rangi prawa, wyglądało zupełnie inaczej niż wniesiono), zajrzałem do druku 1638 i zawartej w nim inicjatywy rządowej, dotyczącej kolejnych zmian PZP, jak to opisano wychodzących naprzeciw oczekiwaniom środowisk naukowo-badawczych oraz kultury i sztuki.

Tak się składa, że w życiu zawodowym oba środowiska są mi dobrze znane.

Moja generalna uwaga jest taka, że działy zamówień publicznych na uczelniach publicznych zostaną odchudzone (oczywiście z obowiązków), a gaże artystów na publicznych koncertach wzrosną, no i oczywiście nastąpi wysyp artystów zagranicznych.

Na pewno też, pochwały wymaga proponowana możliwość unieważnienia postępowania o udzielenie zamówienia, jeżeli środki służące sfinansowaniu zamówień na badania naukowe lub prace rozwojowe, które zamawiający zamierzał przeznaczyć na sfinansowanie całości lub części zamówienia, nie zostały mu przyznane.

Swoją drogą PZP niedługo przejmie palmę pierwszeństwa wśród ustaw, objętych inicjatywami ustawodawczymi.